Szesnaście ton

Z jednej gliny, powiadają, ulepil nas Pan
Lecz nędzarz się składa z kości i z krwi
Z kości i z krwi, i z jarzma na kark
I z pary rąk, z pary silnych rąk

Co dzień szesnaście ton i cóż z tego masz
Tylko w długi leziesz, słabniesz, nędza bruździ ci twarz,
O Panie, nie zwij, nie mogę już iść,
Zaprzedałem dusze swą i to nie od dziś.

Urodziłem się w dzień pełen chmur,
Zaraz szuflę wziąłem, w garśc i jazda szybem w dół,
Szesnaście ton przerzuciłem fest
A sztygar tylko mruknął mi, że dobra jest.

Co dzień szesnaście ton...

Urodziłem się, gdy padał deszcz,
Gniew i troska – oto jest życia mego treść,
O Panie, nie zwij, nie mogę już iść,
Zaprzedałem dusze swą i to nie od dziś.

Co dzień szesnaście ton...

Gdy matka mnie rodziła, pochmurny był dzień,
Podniosłem więc szuflę, poszedłem pod szyb,
Nadzorca mi rzekł: Nie zbawi cię pan,
Załaduj co dzień po szesnaście ton

Co dzień szesnaście ton...

Czort może dałby radę, a może i nie
Szesnastu tonom podołać co dzień,
Szesnaście ton, szesnaście jak drut,
Tak nie da rady i we dwóch

Co dzień szesnaście ton...

Gdy kiedyś mnie spotkasz lepiej z drogi mi zejdź
Bo byli juz tacy, nie pytaj, gdzie są
Nie pytaj gdzie są, bo zawsze jest ktoś
Nie ten to ów, co urządzi cię

Co dzień szesnaście ton...

(przysłał Andrzej Andrzejewski)

Powrót do strony głównej

Aktualizacja: 2008-02-07