Elektryczny wyścig przyspiesza

Tekst opublikowany 5.05.2019 w Gazecie Wyborczej pod tytułem „Elektryczny wyścig przyspiesza. Coraz więcej aut na prąd”; tu wersja oryginalna.

Co roku analitycy Bloomberg New Energy Finance porównują koszty zakupu samochodów elektrycznych z cenami analogicznych aut z silnikami spalinowymi. Oceniając bieżący stan rynku i technologii starają się oszacować, kiedy ceny obu rodzajów pojazdów zrównają się, co umożliwi klientom podejmowanie decyzji bez wpływu ograniczeń finansowych. Co roku te prognozy zmieniają się na bardziej optymistyczne. To dobra wiadomość dla konsumentów – i poważne wyzwanie dla przemysłu motoryzacyjnego.

Jak pisze Nathaniel Bullard z BNEF, dwa lata temu analitycy szacowali, że zrównanie cen nastąpi w roku 2026. Rok temu zweryfikowali swą prognozę o dwa lata – na rok 2024. Według tegorocznego raportu, ceny dużych samochodów elektrycznych w Unii Europejskiej osiągną poziom cen swoich spalinowych odpowiedników już w roku 2022!

Bullard wyjaśnia, że pojazdy elektryczne tanieją głównie za sprawą ciągłego spadku cen akumulatorów. Jeszcze w 2015 roku koszt akumulatora stanowił w USA 57 procent ceny średniej wielkości samochodu – obecnie już tylko jedną trzecią. W 2025 roku ta kwota spadnie do 20 procent wartości auta.

Nikolas Soulopoulos, kolega Bullarda zespołu BNEF uważa, że podczas gdy elementy nadwozi i podwozi pojazdów elektrycznych mogą jeszcze tanieć, to producenci aut spalinowych będą zmuszeni sięgać po lżejsze i droższe materiały, by sprostać coraz ostrzejszym normom ekologicznym. Wypada zauważyć, że te same względy powodują ciągły wzrost złożoności – a więc i kosztów produkcji – napędów konwencjonalnych i hybrydowych.

Soulopoulos spodziewa się także istotnego spadku cen napędów elektrycznych dzięki wzrostowi skali masowej produkcji. Do roku 2030 silniki elektryczne oraz elektroniczne układy zasilania i sterowania mogą potanieć o 25, a nawet 30 procent.

W pogoni za Teslą

Już w tej chwili, mimo wciąż wyższych cen, samochody elektryczne odbierają rynek konwencjonalnym. W 2016 roku w USA Tesla Model S zdominowała segment dużych sedanów klasy premium, pokonując pod względem liczby sprzedanych egzemplarzy BMW oraz Audi i spychając z pierwszego miejsca Mercedesa klasy S. W ubiegłym roku tańsza Tesla Model 3 powtórzyła ten sukces w segmencie luksusowych samochodów średniej wielkości – dotychczasowy wieloletni lider, crossover Lexus RX, znalazł 111641 nabywców, zaś auto Tesli 139782. W czwartym kwartale 2018 r. po raz pierwszy w Stanach Zjednoczonych sprzedano więcej samochodów elektrycznych, niż hybrydowych. Od wprowadzenia na rynek unijny w lutym tego roku Model 3 bije rekordy popularności w Europie – w I kwartale zarejestrowano około 19,5 tys. egzemplarzy, podczas gdy dotychczasowi liderzy, Nissan LEAF i Renault Zoe, ledwie przekroczyli liczbę 10 tys. nowych rejestracji. Niemiecki analityk Matthias Schmidt zauważa, że według danych Europejskiego Zrzeszenia Producentów Samochodów ACEA, w marcu Tesla sprzedała w Europie Zachodniej więcej aut, niż Honda (18,1 kontra 17,1 tys.).

Samochodowi giganci nie zasypiają jednak gruszek w popiele. BMW może się poszczycić sporym powodzeniem elektrycznego i3, Mercedes wprowadza model EQC. Jaguar ma za sobą udany debiut luksusowego crossovera i-Pace, o rynkowym sukcesie mogą też mówić Koreańczycy z wyróżniającymi się znacznym zasięgiem i efektywnością elektrycznymi autami Hyundai Kona i Ioniq oraz Kia Niro i Soul. Prawdziwą ofensywę prowadzi grupa Volkswagena: po dobrze przyjętych modelach e-Up i e-Golf rozpoczęła sprzedaż crossovera Audi e-Tron i zbiera zamówienia na wyrafinowane Porsche Taycan, a przede wszystkim przygotowuje do wprowadzenia na rynek począwszy od przyszłego roku całej rodziny samochodów VW I.D., opartych na nowej platformie MEB – od kompaktowego hatchbacka po mikrobus. Na tej samej platformie swoje modele będą też produkować Seat, Skoda i Audi.

Volkswagen zapowiedział oficjalnie, że nowy elektryczny kompakt, na który zapisy rozpoczną się już na początku maja, ma być dostępny w cenach zaczynających się poniżej 130 tysięcy złotych – to koszt analogiczny do modelu Golf z dwulitrowym dieslem. Czyżby więc analitycy BNEF musieli znów szybko zmienić swoje prognozy?

Rewolucja w branży

Szefowie koncernów motoryzacyjnych nie mają wątpliwości, że przejście na napęd elektryczny jest nieuchronne. Podczas słynnej już marcowej „telekonferencji na szczycie” Herbert Diess z Volkswagena, Dieter Zetsche z Daimlera i Harald Krüger z BMW zgodzili się, że przyszłością niemieckiej motoryzacji są właśnie pojazdy z akumulatorami, a nie jakiekolwiek inne, w tym z napędami alternatywnymi, takimi jak hybrydowy czy wodorowe ogniwa paliwowe.

Ta deklaracja oznacza konieczność ogromnych inwestycji, liczonych w dziesiątkach, a właściwie setkach tysięcy euro. Sam Volkswagen ocenia swoje plany na 40 mld euro i przewiduje przestawienie na produkcję pojazdów elektrycznych 16 fabryk do 2022 roku; zawarł już także umowy na zakupy akumulatorów i innych podzespołów na kwotę rzędu 50 mld euro.

Elektryfikacja motoryzacji ma wszakże i inny aspekt. Napęd elektryczny jest nieporównanie prostszy od konwencjonalnego. Liczba mechanicznych części silnika spalinowego sięga tysięcy, podczas gdy elektryczna jednostka napędowa ma ich może dwa tuziny; nie ma skrzyni biegów, układu wydechowego ani paliwowego. Oznacza to znacznie mniejszą pracochłonność produkcji, a więc... mniejsze zapotrzebowanie na siłę roboczą. Według szacunków IG Metall i Instytutu Fraunhofera, wiąże się to z ubytkiem 75 z 210 tys. miejsc pracy w niemieckich fabrykach silników i przekładni do 2030 roku, choć jednocześnie rozwój elektromobilności stworzy 25 tys. nowych etatów.

Patrząc z dalszej perspektywy, nie to jednak należy uważać za największy kłopot przemysłu motoryzacyjnego. Prawdziwym problemem jest zmiana modelu użytkowania samochodu, która już się rozpoczęła. Upowszechnienie tanich usług transportowych, takich jak Uber czy Bolt, a także sieci wypożyczalni samochodów na minuty spowodowało, że coraz więcej osób rezygnuje z posiadania własnego auta. Trend ten zauważył Reuters już dwa lata temu, gdy przeprowadzone przez IPSOS badanie wykazało, iż 9 procent Amerykanów, którzy sprzedali swój poprzedni samochód, nie kupuje następnego, zamiast tego decydując się korzystać z usług transportowych. Drugie tyle zamierza to uczynić w ciągu kolejnych 12 miesięcy. Unikają w ten sposób kosztów kredytu, ubezpieczenia, serwisu, a także kłopotów z związanych z parkowaniem w coraz bardziej zatłoczonych miastach. Pojawienie się samochodów autonomicznych, zdolnych do poruszania się bez kierowcy i dojeżdżających do klienta na zawołanie w dowolne miejsce o dowolnej porze, spowoduje radykalny spadek cen tych usług – i załamanie się zapotrzebowania na samochody osobowe. A to może oznaczać, że na rynku motoryzacyjnym wystarczy miejsca tylko dla paru najsilniejszych graczy. Jest się o co ścigać.